Największe ryzyko na starcie kryzysu branżowego jest banalne: robisz szybkie ruchy, które dają ulgę przez tydzień–dwa, ale zabierają firmie zdolność do zarabiania i do odzyskania kontroli nad gotówką. W praktyce to wygląda tak: odruchowo tniesz marketing, robisz agresywne rabaty, wydłużasz terminy płatności „żeby domknąć sprzedaż”, wyprzedajesz zapas „byle spłacić pilne faktury”, a jednocześnie nie masz twardej tablicy dowodzenia z cashflow na najbliższe tygodnie. Po miesiącu orientujesz się, że sprzedaż nie wróciła, marża pękła, klienci przyzwyczaili się do zniżek, a bank i dostawcy widzą narastające napięcie.
Da się to zrobić inaczej. Gdy branża „siada”, wygrywają firmy, które w pierwszej kolejności kupują sobie czas (2–6 tygodni oddechu), potem stabilizują wypływy gotówki i dopiero na tej bazie testują zmianę modelu biznesowego. Bez heroizmu, bez dużych strategii, ale też bez panicznych, nieodwracalnych decyzji.